Nazajutrz rano ledwie zwlokłam
się z pościeli, jak to zwykle u mnie bywa następnego dnia po podróży. Nie
miałam za grosz siły i tym razem. Obecność gości zmobilizowała mnie jednak do w
miarę wczesnego wstania. Starałam się szybko wypić kawę zanim dziewczęta się
obudzą. To był czas dla mnie. Mój mąż wie i jest do tego przyzwyczajony, że
przed zrobieniem śniadania potrzebuję chwili dla siebie z kawą w ręku. Po
wypiciu kawy jestem z reguły gotowa do działania. Tak było i tym razem.
Ugotowałam dziewczynom i mężowi jajka na twardo i parówki. Do tego mizeria. Tymczasem
dziewczyny na początek sięgnęły po ich ulubione kruche ciastka z asortymentu Dr
Gerarda. Czekoladowe nadzienie „to coś co tygryski lubią najbardziej”. Za nic
nie posłuchały uparte małolaty by na rozpoczęcie dnia zjeść coś niesłodkiego.
Przeciwnie, przekonały mnie nawet, że te markizy to całkiem pożywne i
energetyczne pożywienie w sam raz nadające się na śniadanie i nie tylko. Po
śniadaniu od razu wyruszyliśmy naszą zgraną czwórką do miasta. Drugi dzień
zwiedzania mieliśmy rozpocząć od wizyty w ZOO. Dla Marty to była pierwsza w
życiu wycieczka do ZOO. Dla Oli druga. My z mężem byliśmy tam wielokrotnie.
Dlatego staraliśmy się pokazać naszym gościom wszystkie nawet najmniejsze
zwierzątka. Dziewczyn nużyła chwilami nasza skrupulatność. My jednak nie
ominęliśmy ani jednej klatki. W końcu doszliśmy do moich ulubionych zwierzaków
a mianowicie kóz, które stały się również ulubieńcami moich bratanic. Później
już było tylko ciekawiej, bo dotarliśmy do klatek z małpkami. Te niesforne
zwierzątka w bardzo fajny sposób nawiązywały kontakt z ludźmi i to było
niezwykle intrygujące i fascynujące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz