poniedziałek, 10 sierpnia 2015

żniwa


Wczoraj mieliśmy żniwa. Kombajn rano przyjechał i po godzinie musiał przerwać, ponieważ jakaś część uległa zepsuciu. Zostawił maszynę i pojechał do sklepu. Na całe szczęście po południu już mógł dokończyć kosić. Przygotowaliśmy przyczepę z nałożoną na nią planteką i na koniec mąż podjechał, by kombajn wsypał pszenicę. Co roku słoma jest ścięta na drobne kawałeczki inaczej sieczkę. Z tego będzie nawóz na przyszły rok. Pszenicę z przyczepki trochę włożyliśmy do beczek, a resztę wysypaliśmy na stodołę. W tym roku żniwa trwały jedną godzinę.  Po kąpieli zrobiłam kawę i rozłożyłam trochę markizów, pierniczków, wafelków na talerzyk produkcji  Dr. Gerarda. Wspominaliśmy o dawniejszych żniwach. Za moich czasów już nie koszono sierpem, a kosą tylko podkaszano. Pamiętam dwójkę koni zaprzężonych do kosiarki na której jeździły dwie osoby. Jedna powoziła, a druga robiła kupki. Potem konie zastąpił traktor. Byliśmy ubrani w koszulach z długimi rękawami, by nie podrapać rąk. Głowy przykryte chusteczkami, na które mówiono gawroszki. Ze słomy robiliśmy powróz i wiązaliśmy kupki lub podbieraliśmy ścięte zboże. Mnie nauczyła robić powrósło babcia. Ona bardzo zwracała uwagę, by było dobrze związane. Snopki stawialiśmy w kupki po dziesięć tak zwane dziesiątki. Jeden król w środku, poboku do niego dwa i z drugiej strony drugie dwa. I po bokach jeszcze po jednym. Tak na dziesińć sztuk. Po około dwóch tygodniach jak były suche to się je zwoziło do stodoły. Zawsze braliśmy coś do picia przeważnie był to kompot, który czasem studził się w rzece. Dawniej sąsiedzi pomagali sobie nawzajem kosić. Potem się chodziło po sąsiadach odrabiać. Często wieczorami kobiety przynosiły specjalnie upieczone ciasto drożdżowe z serem i kruszonką, by poczęstować ludzi.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz