Wczoraj mieliśmy żniwa. Kombajn rano przyjechał i po godzinie
musiał przerwać, ponieważ jakaś część uległa zepsuciu. Zostawił maszynę i
pojechał do sklepu. Na całe szczęście po południu już mógł dokończyć kosić.
Przygotowaliśmy przyczepę z nałożoną na nią planteką i na koniec mąż podjechał,
by kombajn wsypał pszenicę. Co roku słoma jest ścięta na drobne kawałeczki
inaczej sieczkę. Z tego będzie nawóz na przyszły rok. Pszenicę z przyczepki
trochę włożyliśmy do beczek, a resztę wysypaliśmy na stodołę. W tym roku żniwa
trwały jedną godzinę. Po kąpieli zrobiłam
kawę i rozłożyłam trochę markizów, pierniczków, wafelków na talerzyk produkcji Dr. Gerarda. Wspominaliśmy o dawniejszych żniwach.
Za moich czasów już nie koszono sierpem, a kosą tylko podkaszano. Pamiętam
dwójkę koni zaprzężonych do kosiarki na której jeździły dwie osoby. Jedna
powoziła, a druga robiła kupki. Potem konie zastąpił traktor. Byliśmy ubrani w
koszulach z długimi rękawami, by nie podrapać rąk. Głowy przykryte chusteczkami,
na które mówiono gawroszki. Ze słomy robiliśmy powróz i wiązaliśmy kupki lub
podbieraliśmy ścięte zboże. Mnie nauczyła robić powrósło babcia. Ona bardzo
zwracała uwagę, by było dobrze związane. Snopki stawialiśmy w kupki po dziesięć
tak zwane dziesiątki. Jeden król w środku, poboku do niego dwa i z drugiej strony
drugie dwa. I po bokach jeszcze po jednym. Tak na dziesińć sztuk. Po około
dwóch tygodniach jak były suche to się je zwoziło do stodoły. Zawsze braliśmy
coś do picia przeważnie był to kompot, który czasem studził się w rzece.
Dawniej sąsiedzi pomagali sobie nawzajem kosić. Potem się chodziło po sąsiadach
odrabiać. Często wieczorami kobiety przynosiły specjalnie upieczone ciasto
drożdżowe z serem i kruszonką, by poczęstować ludzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz