Od dzieciństwa mieszkam na wsi. Razem ze mną było nas pięcioro
rodzeństwa. Dwie siostry i dwóch braci. Ja byłam z nich byłam najmłodsza. Już od
dawna założyli swoje rodziny i wyprowadzili się z domu. Ja zostałam na pięciohektarowym
gospodarstwie z rodzicami. Mój mąż jest też ze wsi i lubi robić w polu. Nawet
dzierżawimy parę hektarów. W zeszłym roku kupiliśmy sobie używany kombajn i w
tym roku maszyna zarabia na siebie. Mąż kosi sąsiadom bliższym i dalszym zboża.
Pomaga mu czasem sąsiad. Mąż Krzysiek jest
mechanikiem samochodowym i pracował w tym zawodzie. Pięć lat temu po naszym ślubie
przeprowadził się do mnie i automatycznie musiał zrezygnować z pracy, bo nie
będzie dojeżdżał ponad sto kilometrów. Miał nadzieję, że w tych rejonach
znajdzie zajęcie w swoim zawodzie. Przez
trzy lata pracował bez umowy o pracę. W końcu postanowił zająć się
gospodarstwem, a naprawianiem samochodów dorywczo w domu. Mamy pięć dużych
tuneli z sadzonkami. Roboty przy tym jest bardzo dużo. Korzystamy z zaprzyjaźnionego
kolegi, który miał szklarnie i pierwsze najtrudniejsze kroki pomógł nam
wykonać. Co drugi dzień jeżdżę z roślinami na plac. Tam podczas rozmowy
dowiaduję się wiele ciekawych rzeczy związanych z tą dziedziną. Za nim wyjadę,
to do termosu wlewam sobie kawy i koniecznie na deser ciastka Dr. Gerarda. Raz
są pierniczki, a innym razem markizy. Częstuję nimi stojące na placu sąsiadki.
Pewnego razu jedna z nich zaskoczyła mnie przynosząc mi ciasteczka Dr. Gerarda
o nazwie wilczy apetyt. Powiedziała, że jestem za chuda i muszę poczęstować się
tymi słodyczami. Zrobiła mi niespodziankę i postanowiłam poszukać z tej firmy
jeszcze innych wyrobów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz