poniedziałek, 10 sierpnia 2015

wilczy apetyt


Od dzieciństwa mieszkam na wsi. Razem ze mną było nas pięcioro rodzeństwa. Dwie siostry i dwóch braci. Ja byłam z nich byłam najmłodsza. Już od dawna założyli swoje rodziny i wyprowadzili się z domu. Ja zostałam na pięciohektarowym gospodarstwie z rodzicami. Mój mąż jest też ze wsi i lubi robić w polu. Nawet dzierżawimy parę hektarów. W zeszłym roku kupiliśmy sobie używany kombajn i w tym roku maszyna zarabia na siebie. Mąż kosi sąsiadom bliższym i dalszym zboża. Pomaga mu czasem sąsiad. Mąż Krzysiek jest mechanikiem samochodowym i pracował w tym zawodzie. Pięć lat temu po naszym ślubie przeprowadził się do mnie i automatycznie musiał zrezygnować z pracy, bo nie będzie dojeżdżał ponad sto kilometrów. Miał nadzieję, że w tych rejonach znajdzie  zajęcie w swoim zawodzie. Przez trzy lata pracował bez umowy o pracę. W końcu postanowił zająć się gospodarstwem, a naprawianiem samochodów dorywczo w domu. Mamy pięć dużych tuneli z sadzonkami. Roboty przy tym jest bardzo dużo. Korzystamy z zaprzyjaźnionego kolegi, który miał szklarnie i pierwsze najtrudniejsze kroki pomógł nam wykonać. Co drugi dzień jeżdżę z roślinami na plac. Tam podczas rozmowy dowiaduję się wiele ciekawych rzeczy związanych z tą dziedziną. Za nim wyjadę, to do termosu wlewam sobie kawy i koniecznie na deser ciastka Dr. Gerarda. Raz są pierniczki, a innym razem markizy. Częstuję nimi stojące na placu sąsiadki. Pewnego razu jedna z nich zaskoczyła mnie przynosząc mi ciasteczka Dr. Gerarda o nazwie wilczy apetyt. Powiedziała, że jestem za chuda i muszę poczęstować się tymi słodyczami. Zrobiła mi niespodziankę i postanowiłam poszukać z tej firmy jeszcze innych wyrobów.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz