O piątej czterdzieści wyszliśmy z
naszą wielką torbą podróżną na dworzec. Znaleźć można w niej było różne
słodycze na drogę a konkretnie czekoladki na kruchym ciasteczku o nazwie Wilczy
Apetyt, Listki deserowe posypane kryształkami cukru oraz rewelacyjne na każdą
podróż krakersy. Wszystkie te specjały od Dr Gerarda wzięliśmy specjalnie na
okazję wspólnego wyjazdu z moimi bratanicami Martą i Olą. Tę naszą wspólną
podróż planowaliśmy we czwórkę już od dłuższego czasu. I oto nadszedł wielki dzień
wyjazdu. Na dworzec dotarliśmy z mężem jako pierwsi. Dopiero po paru minutach
spostrzegliśmy samochód mojego brata a w nim oprócz kierowcy Martę i Olę. Były
szczęśliwe i uśmiechnięte od ucha do ucha i żądne przygód. Jeszcze wtedy nie
wiedziały, że już na początku wyprawy los przyniesie nam wszystkim nieoczekiwane
zdarzenie. Stało się to po pierwszym etapie podróży, gdy przesiedliśmy się na
autobus. Nie zdążyliśmy usiąść w fotelach, gdy Marty telefon ześlizgnął się z
jej kolan niepostrzeżenie. Początkowo Marta tak jak my wszyscy myślała, że
wystarczy schylić się i go podnieść. Tymczasem okazało się, iż sprawa nie jest
taka prosta. Telefon spadł niefortunnie w szczelinę w siedzeniu i w żaden
sposób nie dało się go stamtąd wyciągnąć. Próbowaliśmy wydostać go wszyscy na
zmianę. Pomagali nam też inni pasażerowie. I nic. Próżne nasze wysiłki i
zmagania. Marta podczas prób uwolnienia telefonu pokaleczyła sobie obie dłonie.
Gdy autobus zajechał na końcowy przystanek, pan kierowca wziął sprawy w swoje
ręce. Niestety bez oczekiwanego skutku. Do tego my spóźniliśmy się na
przesiadkę a telefon dalej pozostał uwięziony w siedzeniu. Przykro było patrzeć
na Martę, która przez dłuższy czas nie potrafiła się pogodzić ze stratą. Nie
pomagały nawet zapewnienia ze strony kierownictwa, że telefon zostanie odesłany
natychmiast po demontażu siedzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz