Kolejny dzień zapowiadał się
wspaniale. Chciałam koniecznie pokazać moim bratanicom nasze miasto
wojewódzkie. Wstaliśmy wczesnym rankiem i poszliśmy na przystanek busa.
Przedtem jednak wypiłam do śniadania mocną kawę. Wychodząc, w ostatniej chwili
wrzuciłam do siateczki krakersy i draże w czekoladzie. Jadąc busem
poczęstowałam Martę i Olę pysznościami z asortymentu Dr Gerarda. Po raz
pierwszy wówczas spróbowały draży. Kruche małe ciasteczka zatopione w polewę z
gorzkiej czekolady – to coś nowego. Jak dotąd jadły draże orzechowe,
śmietankowe, z rodzynkami ale ciasteczkowych jeszcze nie jadły, jak dotąd. Dobry
pomysł. Droga upłynęła nam na chrupaniu i rozmowach. Zanim obejrzałyśmy się
byłyśmy już na miejscu. Dziewczyny od razu chciały iść do galerii handlowej.
Nie było nawet mowy o oglądaniu starówki. Musiałam ustąpić i zaprowadzić je do
centrum handlowego, największego w mieście. Mój mąż przezornie nie pojechał z
nami. Wiedział, że większość dnia spędzimy biegając między jednym sklepem a drugim,
czego on nie znosi. Dziewczyny miały pulę pieniędzy przeznaczoną na zakupy i
dotąd buszowały w przeróżnych butikach aż wydały wszystkie pieniądze. Dobrze,
że miałam w torebce ukryte biszkopty Jaśki morelowe od ulubionego producenta. Gdy
się znużyłam zakupowym szaleństwem, usiadłam sobie na kanapie i relaksowałam
się chrupiąc pyszne ciasteczka. Między trzynastą a czternastą godziną
dziewczyny wydały ostatnie pieniądze i wówczas zaprosiłam je na obiad.
Najedzone wyruszyłyśmy, jak na szanujące się turystki przystało, zwiedzać
historyczną część miasta. Dwie godziny spaceru i trzeba było wracać na dworzec
i busem do domu. Nie było to jednak takie proste. Nie mogłyśmy znaleźć miejsca,
gdzie zatrzymuje się nasz bus. Nikt nie umiał nam pomóc. W ostatniej chwili
namierzyłyśmy interesujący nas przystanek. I oto jesteśmy w domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz