Popołudnie mijało leniwie.
Rozłożyłam się z moim laptopem w altanie przed domem. Uwielbiam pracować tutaj
na świeżym powietrzu. Mam tu ciszę i spokój. Wszystko czego potrzebuję. No może
jeszcze przydała by się tylko garść krakersów albo pierników w czekoladowej
polewie od Dr Gerarda dla lepszej pracy mózgu. Ale i to za chwilę będę miała
zapewnione, bo oto wjeżdża samochód brata na podwórze. Bratanica miała zlecone
przeze mnie kupno słodyczy, których ostatnio był deficyt w domu. Drzwi auta
otwarły się po czym wyskoczyła z nich energicznie Martusia moja zwinna
kuzyneczka, taszcząc ze sobą wielką siatkę. Podeszła do mnie i wyciągnęła moje
ulubione pierniki, jednocześnie mówiąc, że niestety krakersów od Dr Gerarda nie
dostała w tym sklepie, w którym robiła zakupy. Kupiła za to kiełbaski grillowe
i oznajmiła głosem nie znoszącym sprzeciwu, że chce byśmy zrobili dziś ognisko.
Nie uśmiechało mi się szykowanie ogniska w taki upał jaki dziś mamy ale
przezwyciężyłam swoją niechęć i zaraz po skończeniu swojego zadania zwołałam
młodzież by pomogła nosić drwa w miejsce paleniska. Sama zorganizowałam jakieś
siedziska i patyki z zaostrzoną końcówką do pieczenia kiełbasek. W pół godziny
mieliśmy wszystko przygotowane do zapalania ognia. Na koniec poszłam do domu po
prowiant i zapałki. Tutaj spotkała mnie niemiła niespodzianka. Brak zapałek. Co
tu robić. Tyle przygotowań na darmo. Nie będzie ogniska - pomyślałam. Jednak z
pomocą przyszedł brat. Okazało się, że ma zapalniczkę w posiadaniu, tak na
wszelki wypadek. W organizację ogniska włączyła się nawet moja mama, która
własnoręcznie rozpaliła ogień. Tato natomiast donosił nam suchych gałęzi. Teraz
nawet cieszyło mnie nasze wspólnie przygotowane ognisko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz