Tak jak postanowiliśmy ruszyliśmy bladym świtem zbierać grzyby. Zabrałam z sobą butelkę wody mineralnej i paczkę biszkoptów z firmy Dr Gerard. Zapobiegliwy Filip miał przy sobie ulubione krakersy. Szliśmy powoli, rozkoszując się pięknem mijanej przyrody. Oczywiście prowadził nas leśniczy. Wkrótce dotarliśmy do niewielkiego zagajnika. Las pachniał cudnie i dawał chłodny cień. Faktycznie grzybów było niewiele z powodu panującej wszędzie suszy. No, ale frajda i satysfakcja murowana hihihi. Grzyby zbieraliśmy pod czujnym, fachowym okiem pana Józefa. Wiedzieliśmy jak łatwo można się pomylić i jakie mogą być konsekwencje takiej pomyłki. Ufaliśmy leśniczemu bezgranicznie. Jego długoletnie doświadczenie, wiedza i ciągła ostrożność zaimponowały nam. Nie wymądrzał się, nie poddał brawurze, spokojnie oceniał każdy okaz przed tym nim znalazł się w koszyku. Po dwóch godzinkach mieliśmy pełen kosz świeżutkich pachnących grzybów. Panowie oczyścili zebrane grzyby i przygotowali je do suszenia. Ja z Ewą poszłam do kuchni, aby pomóc gospodyni w przygotowaniu śniadania. Jak szybko się okazało zupełnie niepotrzebnie. Pani Aniela czekała na nasz powrót z patelnią pachnącą dopiero co usmażonymi rydzami z kawałkiem wędzonego boczku. Pan Józef nazbierał je poprzedniego dnia . To ci dopiero niespodzianka. Zapach był tak intensywny, że od razu poczułam się głodna. Miałam wrażenie, że moje burczenie w brzuchu słyszą wszyscy dookoła. To wręcz nieprzyzwoite, ale nie miałam pojęcia jak nad tym zapanować hihihi. Ewa poszła obudzić Zosię, a ja tym czasem pokroiłam szczypiorek i rozbiłam do przygotowanej misy cały mendel wiejskich jaj. Wierzcie mi takiej jajecznicy jeszcze w życiu nie jadłam. Rydze, boczek i świeże jajka dały tak wyjątkowy smak tej codziennej potrawie, że aż niewiarygodne. Zjedliśmy wszystko z ogromnym apetytem. Nasze miseczki zostały dokładnie wymuskane chlebem hihihi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz