piątek, 7 sierpnia 2015

Zaskakujący koniec wyprawy



W takich chwila jak ta ludzie wpadają w panikę – pomyślałam. Nagła ewakuacja z samochodu podniosła nam wszystkim ciśnienie w żyłach. Zwłaszcza, że po opuszczeniu pojazdu mój brat nakazał natychmiastowe oddalenie się na bezpieczną odległość od zagrażającego wybuchem auta. Sytuacja podczas wysiadania była tym bardziej ciężka, ponieważ samochód brata jest dwudrzwiowy. Pasażerom siedzącym z tyłu ewakuacja była trudniejsza. Ja zajmowałam miejsce z przodu obok kierowcy więc szybko się wydostałam. Pamiętam, że chciałam pomóc mężowi siedzącemu za mną. Zapominając o podniesieniu przedniego siedzenia zaczęłam go wyciągać. Po chwili byliśmy wszyscy uwolnieni i tu dopadły nas nowe zmartwienia. Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy sami zdani tylko na siebie. W promieniu dziesięciu kilometrów nie było nikogo. Wszędzie wokół nas rozciągał się las a na domiar złego nadciągała straszna ciemna chmura wydająca przerażające pomruki i błyski. Zdałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie mieliśmy schronienia, bo do samochodu baliśmy się wrócić. Na dodatek ani ja, ani mój mąż nie wzięliśmy telefonów. Nie przypuszczaliśmy, że znajdziemy się w takim położeniu. Nasza wyprawa miała być mniej skomplikowana i nie taka odległa. Jedyna nadzieja w moim bracie, który jako jedyny posiadał komórkę i zdołał dodzwonić się na pomoc drogową. Niestety pan w słuchawce nie obiecywał nam natychmiastowej pomocy, powodem czego było nieprecyzyjne podanie lokalizacji. Zostaliśmy sami w wielkim lesie. Z ołowianej chmury spadł rzęsisty deszcz. Zmuszeni byliśmy przezwyciężyć swój strach i wrócić do auta, z którego na szczęście wywietrzał zapach gazu. Tkwiliśmy tak dłuższy czas pocieszając się nawzajem, aż ktoś wyciągnął pyszne draże od Dr Gerarda. Gorzka czekolada topniała w ustach odsłaniając kruche ciasteczko. Ta słodka przekąska dawała nam pokrzepienie w tak ciężkich chwilach aż do przyjazdu lawety. Po naprawie samochodu wreszcie dotarliśmy do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz