W takich chwila jak ta ludzie
wpadają w panikę – pomyślałam. Nagła ewakuacja z samochodu podniosła nam
wszystkim ciśnienie w żyłach. Zwłaszcza, że po opuszczeniu pojazdu mój brat
nakazał natychmiastowe oddalenie się na bezpieczną odległość od zagrażającego
wybuchem auta. Sytuacja podczas wysiadania była tym bardziej ciężka, ponieważ
samochód brata jest dwudrzwiowy. Pasażerom siedzącym z tyłu ewakuacja była
trudniejsza. Ja zajmowałam miejsce z przodu obok kierowcy więc szybko się
wydostałam. Pamiętam, że chciałam pomóc mężowi siedzącemu za mną. Zapominając o
podniesieniu przedniego siedzenia zaczęłam go wyciągać. Po chwili byliśmy
wszyscy uwolnieni i tu dopadły nas nowe zmartwienia. Uświadomiliśmy sobie, że
jesteśmy sami zdani tylko na siebie. W promieniu dziesięciu kilometrów nie było
nikogo. Wszędzie wokół nas rozciągał się las a na domiar złego nadciągała
straszna ciemna chmura wydająca przerażające pomruki i błyski. Zdałam sobie
sprawę z powagi sytuacji. Nie mieliśmy schronienia, bo do samochodu baliśmy się
wrócić. Na dodatek ani ja, ani mój mąż nie wzięliśmy telefonów. Nie
przypuszczaliśmy, że znajdziemy się w takim położeniu. Nasza wyprawa miała być
mniej skomplikowana i nie taka odległa. Jedyna nadzieja w moim bracie, który
jako jedyny posiadał komórkę i zdołał dodzwonić się na pomoc drogową. Niestety
pan w słuchawce nie obiecywał nam natychmiastowej pomocy, powodem czego było nieprecyzyjne
podanie lokalizacji. Zostaliśmy sami w wielkim lesie. Z ołowianej chmury spadł
rzęsisty deszcz. Zmuszeni byliśmy przezwyciężyć swój strach i wrócić do auta, z
którego na szczęście wywietrzał zapach gazu. Tkwiliśmy tak dłuższy czas
pocieszając się nawzajem, aż ktoś wyciągnął pyszne draże od Dr Gerarda. Gorzka czekolada
topniała w ustach odsłaniając kruche ciasteczko. Ta słodka przekąska dawała nam
pokrzepienie w tak ciężkich chwilach aż do przyjazdu lawety. Po naprawie
samochodu wreszcie dotarliśmy do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz