Pobyt bratanic dobiegał końca. To
był ostatni dzień przed ich wyjazdem. Rzecz jasna ja podjęłam się je odwieźć do
domu. Nie było opcji by czterysta kilometrów przemierzały same. Toteż tego dnia
miałam urwanie głowy. Mnóstwo obowiązków. Spakowanie się, zakupienie prowiantu
to mało. Postanowiliśmy wykorzystać ostatni dzień maksymalnie i spędzić go jak
najbardziej aktywnie, tak by dziewczyny były zadowolone, że nudy nie zaznały
goszcząc u nas. Zaprosiła nas kuzynka męża i podjęliśmy decyzję by do niej
pójść. Kuzynka ma syna w wieku moich bratanic. Chcieliśmy ich poznać ze sobą,
licząc że będą mieli trochę wspólnych tematów. Ich rozmowa wyglądała zupełnie
odmiennie niż spodziewaliśmy się. Zupełnie nie kleiła się. Zarówno dziewczyny
jak i ich nowy znajomy zamienili zaledwie jedno oficjalne słowo „cześć” na
powitanie. To my dorośli musieliśmy nadrabiać rozmową. Przy lodach, kawie,
markizach ze śmietankowym nadzieniem i biszkoptach czas płynął beztrosko.
Równie beztrosko trójka małolatów sięgała po pyszne kruche ciasteczka od Dr
Gerarda aż ukazało się dno półmiska. Wówczas stwierdziłam, że trzeba już iść.
Zamierzaliśmy jeszcze pójść razem z kuzynką i jej synem na spacer do parku. To
było jedyne miejsce, do którego dziewczyny nie zdołały dotrzeć podczas
tygodniowego pobytu. A warto tam pójść choćby z uwagi na gokarty. Od dawna
obiecywaliśmy z mężem, że wynajmiemy im te pojazdy na godzinkę. Trzeba było
dotrzymać słowa. Dziewczynki cierpliwie na to czekały i wreszcie się doczekały.
Na zdjęciach uwieczniliśmy ich roześmiane buzie, gdy śmigały na tych dziwnych
pojazdach. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że przy następnej
okazji ja też wynajmę sobie taki wehikuł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz