środa, 26 sierpnia 2015

NOWI ZNAJOMI



Wieniec drożdżowy z wiśniami.

Składniki – ¼ kostki drożdży, 1/3 szklanki cukru pudru, pół szklanki mleka, 50 dag mąki, sól, 2 żółtka, kostka masła.
Krem – 250 ml soku wiśniowego, opakowanie budyniu waniliowego, 45 dag wiśni, białko do posmarowania, gruby cukier do posypania, żółtko do posmarowania.
Przygotowanie – Wymieszać drożdże z cukrem pudrem i letnim mlekiem i poczekać aż powstanie zaczyn. Do mąki dodać szczyptę soli, a także żółtka, zaczyn i miękkie masło. Zagnieść na elastyczne ciasto. Odstawić na około 30 minut w chłodne miejsce. Następnie rozwałkować ciasto na cienki placek i odłóż na około 15 minut,. Z soku wiśniowego i budyniu ugotować gęsty krem. Dodać wiśnie i gotować jeszcze przez chwilę. Kiedy wystygnie rozsmarować krem na rozwałkowanym cieście. Zwinąć roladę i włożyć do formy na wieniec. Posmarować powierzchnię roztrzepanym jajkiem. Naciąć ciasto w kilku miejscach i posypać je cukrem. Następnie posmarować roztrzepanym żółtkiem i piec w nagrzanym piekarniku w temperaturze 180 C przez około 20 minut.
Dobra rada – Do wiśni doskonale pasują migdały. Jeśli posypie się ciasto wiórkami lub płatkami migdałowymi będzie nie tylko ładnie wyglądało, ale też bardziej smakowało.
Czas przygotowania 50 minut. Jedna porcja 277 kalorii.

Ostatni dzień pobytu



Pobyt bratanic dobiegał końca. To był ostatni dzień przed ich wyjazdem. Rzecz jasna ja podjęłam się je odwieźć do domu. Nie było opcji by czterysta kilometrów przemierzały same. Toteż tego dnia miałam urwanie głowy. Mnóstwo obowiązków. Spakowanie się, zakupienie prowiantu to mało. Postanowiliśmy wykorzystać ostatni dzień maksymalnie i spędzić go jak najbardziej aktywnie, tak by dziewczyny były zadowolone, że nudy nie zaznały goszcząc u nas. Zaprosiła nas kuzynka męża i podjęliśmy decyzję by do niej pójść. Kuzynka ma syna w wieku moich bratanic. Chcieliśmy ich poznać ze sobą, licząc że będą mieli trochę wspólnych tematów. Ich rozmowa wyglądała zupełnie odmiennie niż spodziewaliśmy się. Zupełnie nie kleiła się. Zarówno dziewczyny jak i ich nowy znajomy zamienili zaledwie jedno oficjalne słowo „cześć” na powitanie. To my dorośli musieliśmy nadrabiać rozmową. Przy lodach, kawie, markizach ze śmietankowym nadzieniem i biszkoptach czas płynął beztrosko. Równie beztrosko trójka małolatów sięgała po pyszne kruche ciasteczka od Dr Gerarda aż ukazało się dno półmiska. Wówczas stwierdziłam, że trzeba już iść. Zamierzaliśmy jeszcze pójść razem z kuzynką i jej synem na spacer do parku. To było jedyne miejsce, do którego dziewczyny nie zdołały dotrzeć podczas tygodniowego pobytu. A warto tam pójść choćby z uwagi na gokarty. Od dawna obiecywaliśmy z mężem, że wynajmiemy im te pojazdy na godzinkę. Trzeba było dotrzymać słowa. Dziewczynki cierpliwie na to czekały i wreszcie się doczekały. Na zdjęciach uwieczniliśmy ich roześmiane buzie, gdy śmigały na tych dziwnych pojazdach. Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że przy następnej okazji ja też wynajmę sobie taki wehikuł.

Babska wyprawa



Kolejny dzień zapowiadał się wspaniale. Chciałam koniecznie pokazać moim bratanicom nasze miasto wojewódzkie. Wstaliśmy wczesnym rankiem i poszliśmy na przystanek busa. Przedtem jednak wypiłam do śniadania mocną kawę. Wychodząc, w ostatniej chwili wrzuciłam do siateczki krakersy i draże w czekoladzie. Jadąc busem poczęstowałam Martę i Olę pysznościami z asortymentu Dr Gerarda. Po raz pierwszy wówczas spróbowały draży. Kruche małe ciasteczka zatopione w polewę z gorzkiej czekolady – to coś nowego. Jak dotąd jadły draże orzechowe, śmietankowe, z rodzynkami ale ciasteczkowych jeszcze nie jadły, jak dotąd. Dobry pomysł. Droga upłynęła nam na chrupaniu i rozmowach. Zanim obejrzałyśmy się byłyśmy już na miejscu. Dziewczyny od razu chciały iść do galerii handlowej. Nie było nawet mowy o oglądaniu starówki. Musiałam ustąpić i zaprowadzić je do centrum handlowego, największego w mieście. Mój mąż przezornie nie pojechał z nami. Wiedział, że większość dnia spędzimy biegając między jednym sklepem a drugim, czego on nie znosi. Dziewczyny miały pulę pieniędzy przeznaczoną na zakupy i dotąd buszowały w przeróżnych butikach aż wydały wszystkie pieniądze. Dobrze, że miałam w torebce ukryte biszkopty Jaśki morelowe od ulubionego producenta. Gdy się znużyłam zakupowym szaleństwem, usiadłam sobie na kanapie i relaksowałam się chrupiąc pyszne ciasteczka. Między trzynastą a czternastą godziną dziewczyny wydały ostatnie pieniądze i wówczas zaprosiłam je na obiad. Najedzone wyruszyłyśmy, jak na szanujące się turystki przystało, zwiedzać historyczną część miasta. Dwie godziny spaceru i trzeba było wracać na dworzec i busem do domu. Nie było to jednak takie proste. Nie mogłyśmy znaleźć miejsca, gdzie zatrzymuje się nasz bus. Nikt nie umiał nam pomóc. W ostatniej chwili namierzyłyśmy interesujący nas przystanek. I oto jesteśmy w domu.

wtorek, 25 sierpnia 2015

ZOO



Nazajutrz rano ledwie zwlokłam się z pościeli, jak to zwykle u mnie bywa następnego dnia po podróży. Nie miałam za grosz siły i tym razem. Obecność gości zmobilizowała mnie jednak do w miarę wczesnego wstania. Starałam się szybko wypić kawę zanim dziewczęta się obudzą. To był czas dla mnie. Mój mąż wie i jest do tego przyzwyczajony, że przed zrobieniem śniadania potrzebuję chwili dla siebie z kawą w ręku. Po wypiciu kawy jestem z reguły gotowa do działania. Tak było i tym razem. Ugotowałam dziewczynom i mężowi jajka na twardo i parówki. Do tego mizeria. Tymczasem dziewczyny na początek sięgnęły po ich ulubione kruche ciastka z asortymentu Dr Gerarda. Czekoladowe nadzienie „to coś co tygryski lubią najbardziej”. Za nic nie posłuchały uparte małolaty by na rozpoczęcie dnia zjeść coś niesłodkiego. Przeciwnie, przekonały mnie nawet, że te markizy to całkiem pożywne i energetyczne pożywienie w sam raz nadające się na śniadanie i nie tylko. Po śniadaniu od razu wyruszyliśmy naszą zgraną czwórką do miasta. Drugi dzień zwiedzania mieliśmy rozpocząć od wizyty w ZOO. Dla Marty to była pierwsza w życiu wycieczka do ZOO. Dla Oli druga. My z mężem byliśmy tam wielokrotnie. Dlatego staraliśmy się pokazać naszym gościom wszystkie nawet najmniejsze zwierzątka. Dziewczyn nużyła chwilami nasza skrupulatność. My jednak nie ominęliśmy ani jednej klatki. W końcu doszliśmy do moich ulubionych zwierzaków a mianowicie kóz, które stały się również ulubieńcami moich bratanic. Później już było tylko ciekawiej, bo dotarliśmy do klatek z małpkami. Te niesforne zwierzątka w bardzo fajny sposób nawiązywały kontakt z ludźmi i to było niezwykle intrygujące i fascynujące.

Stare miasto



Kiedy wchodziliśmy do mieszkania na ulicy było już całkiem ciemno. Byliśmy okrutnie zmęczeni. Całodzienna podróż z przygodami w wielkim upale spowodowała, że czuliśmy się wypluci. Całą naszą czwórkę w mieszkaniu przywitała moja teściowa. Zaproponowała od razu kolację. Jednak my woleliśmy najpierw wziąć prysznic. Wchodziliśmy do łazienki po kolei: Ola, Marta, mój mąż i na końcu ja. Gdy wyszłam spod prysznica wszyscy już siedzieli za stołem, ze smakiem wcinając kanapki. Do kanapek była pyszna sałatka, która wyglądała smakowicie. Nie miałam jakoś apetytu ale skusiłam się na odrobinę. Na koniec poczęstunku teściowa przyniosła wielki półmisek wafli i markizów od Dr Gerarda. Wobec takich pyszności apetyt znacznie mi się poprawił ale to dziewczyny wiodły prym w pochłanianiu ogromnych ilości wyrobów cukierniczych. Po kolacji dziewczęta obejrzały pokój, gdzie miały mieszkać kolejnych kilka dni. To był pokój mojego męża i mój, który odstąpiliśmy młodzieży na czas ich pobytu. Sami wraz z teściową ulokowaliśmy się w większym pokoju. Podczas krzątaniny zauważyłam błagalne miny moich bratanic i przypomniało mi się, że obiecałam im jeszcze dzisiaj po kolacji spacer na starówkę. Upewniłam się czy mój mąż ma chęć i siłę iść z nami. Zgodził się chętnie na wspólne wyjście i już po chwili wyszliśmy. Noc była niezwykle ciepła, co sprawiało przechadzkę jeszcze przyjemniejszą. Dziewczyny były zachwycone architekturą naszego miasta. Gdy dotarliśmy na starówkę dziewczyn urzekł klimat tam panujący. Krótko mówiąc zakochały się w tym miejscu. Na moment zatrzymaliśmy się przed ratuszem gdzie właśnie odbywał się koncert. Po chwili dziewczyny zauważyły lodziarnię i tam spędziliśmy chyba pół godziny. Moje bratanice okrzyknęły tę lodziarnię najlepszą w jakiej były i zjadły po trzy albo cztery gałki.