Zajęcia skończyły się około
godziny osiemnastej. Poszliśmy we dwoje z mężem do pokoju przygotować się do
zaplanowanego grilla. Zadzwoniliśmy do naszych rodziców by jak zawsze po
podróży poinformować o szczęśliwym dotarciu do celu. Nasze mamy z niecierpliwością
czekały na wiadomość od nas. O ile mój mąż szybko zakończył rozmowę ze swoją
mamą, rzeczowo i konkretnie odpowiadając na jej pytania. Moja rozmowa z mamą tymczasem
nie miała końca. Nie wiem kiedy by się zakończyła gdyby organizatorzy szkolenia
nie zapukali do naszych drzwi z zaproszeniem na posiłek. Obie z mamą miałyśmy
wiele sobie do opowiedzenia na temat wydarzeń przeżytych w ostatnich dniach. Ja
opowiadałam o podróży i o zaletach ośrodka, w którym zostaliśmy zakwaterowani i
oczywiście o tematyce szkolenia. Mama opowiedziała mi o niespodziewanej wizycie
gości. Podobno była w wielkiej rozterce nie wiedząc czym ich ugościć, wyjątkowo
nie miała zrobionego ciasta. W końcu przypomniała sobie, że podczas ostatniego
naszego pobytu w domu moich rodziców, zrobiliśmy niezły zapas słodyczy. Kiedy
mama otworzyła barek w gościnnym pokoju okazało się, że są tam: opakowanie
biszkoptów z nadzieniem, draże w polewie czekoladowej oraz ogromne pudło kruchych
wafli w wybornej czekoladzie deserowej. Gościom tak bardzo posmakował
poczęstunek, że koniecznie chcieli poznać nazwę producenta tych rarytasów. „Dr
Gerard?” - upewniali się kilkukrotnie czy dobrze zapamiętali nazwę. Mówili
ponoć, że wcześniej nie słyszeli o takiej firmie, ale odtąd będą kupować przede
wszystkim wyroby cukiernicze od dopiero co poznanego producenta. Mama na drogę
dała swoim gościom jeszcze trochę pysznych wafli. Niemal na koniec rozmowy
przypomniała sobie jeszcze jedną nowinę, która wyjątkowo nas z mężem ucieszyła.
Otóż ci wspomniani goście zaprosili nas na wesele.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz