Witam drogich
internautów. Nadeszło lato, wczoraj padał grad, potem deszcz a żona i ja
przygotowywaliśmy nasze wspólne imieniny. Zaprosiliśmy najbliższą rodzinę i
zebrało się dwunastu dorosłych i siedmioro dzieci. Nasze mieszkanie ma 48
metrów, więc damy radę ugościć ich wszystkich. Jadłospis wymyślony. W pierwszej
wersji mieliśmy poczęstować rodzinę przysmakami „dr Gerard”, bo są najlepsze na
rynku i wszyscy je lubią, jednak żona pogadała z mamusiami i każda upiekła
placuszek a moja ślubna upiekła biszkopty i kruche ciasteczka. Nasze zdziwienie
było, gdy większość częstowała się galaretą z kurczaka. Jednak dzieciaki
wcinały ze smakiem kruche ciasteczka. W tajemnicy córcia przyznała, że mamy są
dobre, ale „dr Gerard” robi smaczniejsze i o fajniejszych kształtach. Żonie wolałem
tego nie powtarzać, aby jej nie smucić lub rozgniewać. O dorosłych nie będę pisał,
bo tradycyjnie siedzieliśmy, żartowaliśmy i jedliśmy. Jednak dzieci w wieku od
dwóch do dziewięciu lat mają pomysły. Od kilku imprez mają swój stół w osobnym
pokoju. Świetnie sobie radzą i przy jedzeniu i przy zabawie. A za wszystkie
wpadki typu, plama soku czy pokruszone i rozsypane ciastka i paluszki odpowiada
najmłodsza. Chce czy nie prawda czy fałsz, zawsze jest na nią. Prawda jest, że
Ulka spaceruje po mieszkaniu z biszkoptami czy kruchymi ciastkami, to spadną
jakieś okruszki. Najważniejsze, że się dobrze u nas czuje i się dobrze bawi. Chłopaki
poszli za blok grać w piłkę a dziewczyny bawiły się w tradycyjny model rodziny.
Bo to teraz temat modny i na czasie wśród polityków i księży. A jak już nie
chciały bawić się w dom to grały w kalambury. Jedno połączyło wszystkie dzieci,
kolacja. Ciepłe kiełbaski i kotleciki z kurczaka zniknęły z półmisków w oka
mgnieniu. A na drogę prosiły jeszcze o coś słodkiego od „dr Gerarda”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz