wtorek, 23 czerwca 2015

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE

NIEDZIELNE POPOŁUDNIE
Pojechaliśmy z Filipem odebrać psa od rodziców. Frodo szalał ze szczęścia widząc nas oboje. Cieszył się nieustannie merdając ogonem. Śmiałam się, że jeśli za chwilę nie przestanie, to ten ogon mu odpadnie. Kochane psisko, tyle w nim radosnej, beztroskiej energii. Mama poczęstowała nas obiadem, a potem ze szczegółami musiałam opowiedzieć, jak było na wakacjach. Przy kawie  i słodkim poczęstunku relacjonowałam skrupulatnie pobyt w Marrakeszu. Rodzice z wielkim zdumieniem oglądali zdjęcia kóz na drzewie, ja tymczasem objadałam się kruchymi wafelkami  popijając aromatyczną kawę. Potem pomogłam mamie pozmywać naczynia i umieścić resztę jedzenia w lodówce. Właśnie wtedy odkryłam paczkę nowych ciasteczek z nadzieniem czekoladowym. Ciekawe, czy mama zapomniała o nich podekscytowana relacją  z moich wakacji, czy może mają jakieś inne przeznaczenie. Chwilę nawet się nad tym zastanawiałam, ale nie zapytałam o to. Panowie poszli z psem na spacer, a ja z koszyczkiem w ręku poszłam zerwać z przydomowego ogródka dojrzałe truskawki. Oczywiście, te prosto z krzaczka smakują najlepiej. Jak mała dziewczynka nie oparłam się pokusie, aby wpychać te najokazalsze do ust. Mama z rozczulającym uśmiechem na twarzy, obserwowała moje poczynania przez okno. Kiedy wróciłam uściskała mnie serdecznie, śmiejąc się z mojego łakomstwa. Dobrze było posiedzieć w maminej kuchni, napić się kompotu z truskawek i posłuchać sąsiedzkich ploteczek. Po powrocie ojca, Filipa i psa czas było się zbierać z powrotem. Na progu domu stał zapakowany koszyk piknikowy, zdziwiona zapytałam, a to dla kogo, kiedy zdążyłaś to uszykować? Kosz oczywiście był dla nas, z zaopatrzeniem jak byśmy przymierali głodem. Oj, ta moja mama, wręczyła mi kosz pewna, że na pewno mam pustą lodówkę po urlopie. Dużo się nie pomyliła, hihihi.        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz