Po dotarciu na miejsce wszystko odbywa się rytualnie: napełniam wodą sadzyk, mieszam zanętę montuję wędkę i ... do dzieła. Przez sześć lat już "wyzwalam" po kilkadziesiąt rybek tygodniowo. Dziennie odławiam od kilku do kilkudziesięciu maleńkich karasi i linków z umierającego zbiornika, a w soboty wywożę je do "lepszego świata".To mała rzeczka-dopływ Świdra w okolicach mojej działki.
Użerając się z komarami i namolnymi kaczkami siedzimy tak z moim psem Bazylem wpatrując się w maleńki pół gramowy spławik podlodowcowy. Zestawią rzucam w oczyszczone z zielska oczko wielkości dużej książki 1,5 m od brzegu. Łowisko musi być zminiaturyzowane ze względów konspiracyjnych! Kara sionki biorą dzisiaj bardzo niemrawo, więc zmieniam przynętę: a to fragmencik czerwonego robaczka, a to pojedyncza pinka(próbuję wszystkie kolory), a to malusieńka kuleczka chleba. Wszystko jest miniaturowe, bo na końcu zestawu jest haczy-czek tak mały, że trudno go uwiązać na żyłeczce 0,08.
Po dwóch godzinach mam zaledwie 11 karasi i żadnego misiaczka(linka). Jest już ciemno i spławik widzę tylko dzięki poświacie neonu supermarketu z przeciwka. Przypalałem kolejnego papierosa, żeby dymem odstraszyć natrętne komary, kiedy nagle spławik ruszył... Sunął przez chwilę po powierzchni wody, a potem zniknął. Zaciąłem odruchowo i wtedy się zaczęło... To "coś" ruszyło jak torpeda w kierunku przeciwległego brzegu, żyłka niczym laser cięła gęstwinę moczarki, a hamulec gwizdał jak szalony.
Piszę "coś", bo zbaraniałem i w nerwach pomyślałem, że podhaczyłem jakiegoś piżmaka czy wydrę. Po 20-25 metrach monstrum stanęło pośrodku największych chaszczy. Stanęło i stoi... Z osłupienia ocknął mnie ból. To żar dopalającego się papierosa oparzył mi wargę. Zacząłem pompować. O dziwo ruszyło... Byłem zaskoczony, że tak łatwo odzyskuję żyłkę. Teraz wiem, że ryba zmęczyła się podczas postoju w zaroślach na napiętej żyłce. Po pięciu minutach holu zobaczyłem go...
Byłem bliski zawału, kiedy pojawił się przy brzegu - monstrualny lin!!! Holowałem "gada" z łatwością, a on zachowywał się podejrzanie spokojnie. Mimo wszystko byłem bardzo ostrożny i podejrzliwy, bo powiedzcie, jak to możliwe, aby Jest lato, lipiec, piątek. Scenariusz jak co dzień. Kończę pracę, zabieram psa oraz wędkę i wychodzę na ryby. Robię tak nieprzerwanie od kwietnia do sierpnia, wędkując po 2-3 godziny dziennie, wyłączając soboty i niedziele. Moje łowisko jest niepozorne. To niewielki zarośnięty staw w mieście, przy skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic Warszawy oddalony o 15 min. marszu od mojego blokowiska.
Po dotarciu na miejsce wszystko odbywa się rytualnie: napełniam wodą sadzyk, mieszam zanętę montuję wędkę i ... do dzieła. Przez sześć lat już "wyzwalam" po kilkadziesiąt rybek tygodniowo. Dziennie odławiam od kilku do kilkudziesięciu maleńkich karasi i linków z umierającego zbiornika, a w soboty wywożę je do "lepszego świata".To mała rzeczka-dopływ Świdra w okolicach mojej działki.
kaczka dzika
Użerając się z komarami i namolnymi kaczkami siedzimy tak z moim psem Leonem, wpatrując się w maleńki półgramowyspławik podlodowy. Zestawik rzucam w oczyszczone z zielska oczko wielkości dużej książki 1,5 m od brzegu. Łowisko musi być zminiaturyzowane ze względów konspiracyjnych! Karasionki biorą dzisiaj bardzo niemrawo, więc zmieniam przynętę: a to fragmencik czerwonego robaczka, a to pojedyńcza pinka(próbuję wszystkie kolory), a to malusieńka kuleczka chleba. Wszystko jest miniaturowe, bo na końcu zestawu jest haczyczek tak mały, że trudno go uwiązać na żyłeczce 0,08.
Po dwóch godzinach mam zaledwie 11 karasi i żadnego misiaczka(linka). Jest już ciemno i spławik widzę tylko dzięki poświacie neonu supermarketu z przeciwka. Przypalałem kolejnego papierosa, żeby dymem odstraszyć natrętne komary, kiedy nagle spławik ruszył... Sunął przez chwilę po powierzchni wody, a potem zniknął. Zaciąłem odruchowo i wtedy się zaczęło... To "coś" ruszyło jak torpeda w kierunku przeciwległego brzegu, żyłka niczym laser cięła gęstwinę moczarki, a hamulec gwizdał jak szalony.
Piszę "coś", bo zbaraniałem i w nerwach pomyślałem, że podhaczyłem jakiegoś piżmaka czy wydrę. Po 20-25 metrach monstrum stanęło pośrodku największych chaszczy. Stanęło i stoi... Z osłupienia ocknął mnie ból. To żar dopalającego się papierosa oparzył mi wargę. Zacząłem pompować. O dziwo ruszyło... Byłem zaskoczony, że tak łatwo odzyskuję żyłkę. Teraz wiem, że ryba zmęczyła się podczas postoju w zaroślach na napiętej żyłce. Po pięciu minutach holu zobaczyłem go...
Byłem bliski zawału, kiedy pojawił się przy brzegu - monstrualny lin!!! Holowałem "gada" z łatwością, a on zachowywał się podejrzanie spokojnie. Mimo wszystko byłem bardzo ostrożny i podejrzliwy, bo powiedzcie, jak to możliwe, aby sześćdziesięciocentymetrowy lin dał się wyciągnąć na tak delikatnym zestawie?! Stałem jak zaczarowany przez kolejny kwadrans główkując jak bez podbieraka uratować rybę życia, a sytuacja była naprawdę groteskowa.
Miałem w zasięgu ręki rekordową rybę zmęczoną jak "koń po westernie" i bałem się jednocześnie jej dotknąć, żeby nie stracić, a wokół toczyło się normalne życie: spokojny letni wieczór i żabi koncert z rzadka zagłuszany rykiem silników "szlifierek", na których pomykali "dawcy organów". Pomyślałem bez wiary, że pora kończyć i przełożyłem Robinsona do lewej ręki, wszedłem do wody po kolana, wziąłem głęboki oddech, potem odłożyłem wędkę i oburącz podrzuciłem rybę na brzeg. Ta odbiła się od pochyłej skarpy, fajtnęła dwa razy, wpadła z powrotem do wody i wolno odpłynęła z przyponem w paszczy. Stałem w mule po kolana jeszcze kilka minut zanim uświadomiłem sobie, że przegrałem... Kiedy wróciłem do domu roztrzęsiony, mokry i cuchnący żona robiąc kawę usadziła mnie w kuchni na taboreciedo kawy podała najsmaczniejsze markizy,biszkopciki z firmy Dr.Gerard. i wraz z synem wysłuchali tej niesamowitej opowieści.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz