ANIA W CIECHOCINKU
W miniony piątek zawiozłam mamę do sanatorium. Bagaży było co nie miara. Wszystko, zdaniem mamy, mogło się przydać. Tłumaczenie, że to tylko trzy tygodnie nie przekonały jej o zmniejszeniu ilości ubrań i różnego rodzaju naczyń i sprzętów kuchennych. Z wielkim apetytem podjadając krakersy czekałam cierpliwie, aż wszystko zostanie spakowane do toreb podróżnych. Teraz to już moje zadanie, jak w logicznej łamigłówce, jak to wszystko wmieścić w bagażniku mojego samochodu. Nie powiem, zadanie trudne i intrygujące hi hi. W końcu wszystko było na miejscu i mogłyśmy ruszać w drogę. Mniej więcej w połowie trasy zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej, aby skorzystać z toalety i wypić dla odprężenia kubek kawy. Z uznaniem stwierdziłam, że zaopatrzenie w tym punkcie sprzedaży jest zupełnie dobre. Do kawy kupiłam ciasteczka z nadzieniem czekoladowym. Smakowało wybornie. Z nową energią ruszyłyśmy w dalszą drogę. Przyjechałyśmy do Ciechocinka w sam raz na obiad. Pomogłam mamie się rozpakować i poszłyśmy sprawdzić gdzie się znajduje baza zabiegowa, gabinety lekarskie i dyżurka pielęgniarek. Mama, uspokojona faktem, że wszystkie potrzebne jej gabinety znajdują się w najbliższej okolicy, dała się na mówić na rekonesans miasteczka. Spacer był bardzo przyjemny. Tężnie były czynne tylko w pewnych częściach, ale mimo wszystko specyficzny mikro klimat wytworzony z solanki i tarniny dawał odprężenie i poczucie relaksu. Dodatkowo atmosferę podkręcały parkowe alejki pełne kuracjuszy osadzonych w bajkowej, świeżej, zielonej przestrzeni natury. Wokół słychać było muzykę z okolicznych pękających w szwach kawiarni, szum meleksów i stukot końskich kopyt. Wszystko to zwiastowało turnus pełen przygód. Mam nadzieję, że mama wróci z Ciechocinka zdrowsza, wypoczęta z doładowanymi akumulatorami energii potrzebnej na kolejne miesiące w roku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz