Spacer po starówce okazał się
strzałem w dziesiątkę jako antidotum na moją chwilową chandrę, która pojawiła
się nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo skąd. Po drodze jedliśmy pyszne markizy
od Dr Gerarda, dokładnie takie jakie najbardziej lubię i rozmawialiśmy o
naszych troskach i przemyśleniach. Mąż jak zwykle wykazał się ogromnym
wyczuciem. Potrafił mnie wysłuchać i w kilku słowach uspokoić moje skołatane
myśli. Jak to dobrze mieć u boku takiego niezawodnego przyjaciela. Usiedliśmy
przy fontannie obok zabytkowej szkoły muzycznej. Zza jej okien słychać było
stłumione granie na skrzypcach. Melodia powtarzana była wciąż od nowa. Szum
fontanny, muzyka i klimat starego miasta przenosił mnie chwilami w jakieś
nieokreślone, dawne czasy. Wprowadziło mnie to w przyjemny stan wzruszenia. W
efekcie zupełnie zapomniałam o swoim wcześniejszym przygnębieniu. Zupełnie już
spokojna pomyślałam, że jestem szczęściarą i naprawdę grzechem byłoby narzekać,
tym bardziej, że u boku mam takiego kochanego człowieka a oprócz tego mam
umiejętność czerpania z chwil takich jak ta i cieszenia się drobiazgami. Ruszyliśmy
w stronę parku. W małym sklepiku kupiliśmy aromatyczne pierniki w kształcie serca
oblane pyszną czekoladą. Zjedliśmy rozkoszując się ich smakiem. Do popicia
mieliśmy napoje ze słomką, które wraz z końcem zawartości kartonika wydawały
siorbiący dźwięk. Dotarliśmy do parku i tu czekała na nas jeszcze jedna miła
niespodzianka. Okazało się, że tuż obok parku, na plantach rozstawiło się
wesołe miasteczko oferujące przeróżne atrakcje. Zapragnęliśmy przejechać się
kolejką. Jak dzieci pognaliśmy w stronę wesołego miasteczka, by jak najprędzej
znaleźć się w rozpędzonym wagoniku. To było uwieńczenie naszego dzisiejszego spaceru,
pełnego wrażeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz