poniedziałek, 8 czerwca 2015

Szczęściarze




Spacer po starówce okazał się strzałem w dziesiątkę jako antidotum na moją chwilową chandrę, która pojawiła się nie wiadomo dlaczego i nie wiadomo skąd. Po drodze jedliśmy pyszne markizy od Dr Gerarda, dokładnie takie jakie najbardziej lubię i rozmawialiśmy o naszych troskach i przemyśleniach. Mąż jak zwykle wykazał się ogromnym wyczuciem. Potrafił mnie wysłuchać i w kilku słowach uspokoić moje skołatane myśli. Jak to dobrze mieć u boku takiego niezawodnego przyjaciela. Usiedliśmy przy fontannie obok zabytkowej szkoły muzycznej. Zza jej okien słychać było stłumione granie na skrzypcach. Melodia powtarzana była wciąż od nowa. Szum fontanny, muzyka i klimat starego miasta przenosił mnie chwilami w jakieś nieokreślone, dawne czasy. Wprowadziło mnie to w przyjemny stan wzruszenia. W efekcie zupełnie zapomniałam o swoim wcześniejszym przygnębieniu. Zupełnie już spokojna pomyślałam, że jestem szczęściarą i naprawdę grzechem byłoby narzekać, tym bardziej, że u boku mam takiego kochanego człowieka a oprócz tego mam umiejętność czerpania z chwil takich jak ta i cieszenia się drobiazgami. Ruszyliśmy w stronę parku. W małym sklepiku kupiliśmy aromatyczne pierniki w kształcie serca oblane pyszną czekoladą. Zjedliśmy rozkoszując się ich smakiem. Do popicia mieliśmy napoje ze słomką, które wraz z końcem zawartości kartonika wydawały siorbiący dźwięk. Dotarliśmy do parku i tu czekała na nas jeszcze jedna miła niespodzianka. Okazało się, że tuż obok parku, na plantach rozstawiło się wesołe miasteczko oferujące przeróżne atrakcje. Zapragnęliśmy przejechać się kolejką. Jak dzieci pognaliśmy w stronę wesołego miasteczka, by jak najprędzej znaleźć się w rozpędzonym wagoniku. To było uwieńczenie naszego dzisiejszego spaceru, pełnego wrażeń.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz