ANIA NA WAKACJACH cz. 4
Wracaliśmy z wypadów późnym wieczorkiem do hotelu tylko po to, aby wziąć prysznic i ponownie wyjść na ulice Marrakeszu nocą. Spacer po centrum miasta sprawiał nam dużą przyjemność. Unikaliśmy jednak miejsca, gdzie na łańcuchu tańczyła małpka bawiąc tym turystów. Bulwersował mnie ten fakt, niestety nic nie mogłam z tym zrobić. Żal mi również było koni stojących cały dzień w upalnym słońcu, czekających na turystów w pełnej gotowości z zaprzężonymi powozami. W Europie niedopuszczalna byłaby sytuacja. Na ulicach Marrakeszu jak zawsze spory ruch, temperatura około 27 stopni. Wybornie smakowały wtedy soki z owoców, które robiono na życzenie klienta. Dodawano do nich kostki lodu, a dobór owoców był dowolny, np. popularne było kiwi i pomarańcze lub mango z melonem itp. Siedząc na górnym tarasie jednej z restauracji w mieście podziwialiśmy panoramę miasta. Tu również dochodziły dźwięki muzyki bębnów. Widok kolorowych lampionów, ulic tętniących życiem zapierał dech w piersiach. Miło było odpocząć po trudach całodziennej wędrówki w upalnym słońcu Afryki na dachu restauracji pod rozgwieżdżonym niebem. Następny dzień zapowiadał się również interesująco. Wczesnym rankiem ruszyliśmy w drogę nad Atlantyk. Zdziwiły mnie na trasie szczegółowe kontrole drogowe, przypominały kontrole graniczne, takie z butkami strażników i policją. Odbywały się przed wjazdem do każdego miasta i przy wyjeździe również. W pobliżu drogi, którą jechaliśmy zauważyliśmy drzewo, na którym pasły się kozy. Tak, kozy,nie pomyliłam się. Okazuje się, że zwierzęta potrafią dostosować się całkowicie do sytuacji-skoro ziemia jest wyschnięta, nie ma na niej trawy i pożywienia, to kozy wspięły się na drzewo, aby zjadać z nich liście i orzechy. Oczywiście Marokańczycy i na tym potrafili zarobić. Za zrobienie zdjęcia z kozami na drzewach trzeba było zapłacić 10 dinarów, po raz kolejny okazało się, że tutaj nie ma nic za darmo. Godzinę później spacerowałam po piaszczystym brzegu Atlantyku. Słońce pięknie świeciło, a fale leniwie obmywały mi stopy. Wygrzebałam jeszcze z torebki kilka biszkoptów i dwa połamane krakersy i rzuciłam je wypasionym mewom. Ptaki były znacznie większe niż te nad naszym morzem, jednak nie mniej żarłoczne. Porywając w locie słodkie ciasteczka pomknęły w dal, a ja dalej rozkoszowałam się spacerem po białym, drobnym piasku wybrzeża.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz