Idziemy szybkim krokiem, przez
dłuższy czas nie odzywając się do siebie. Jesteśmy nieco wystraszeni
nadciągającą nad las burzą z piorunami. Przepiękne wcześniej jezioro, tchnie
teraz grozą. Między gęstwą drzew przeziera złowrogo szaro blady blask tafli
wody. Wciąż trapi mnie pytanie czy zdążymy dojść do miasta. A jeśli nie to
gdzie się schronimy przed deszczem. Mijają nas rowerzyści. Pędzą tak szybko jak
potrafią po krętej leśnej ścieżce. Już po chwili znikli nam z pola widzenia.
Gdzieś nad nami w koronach drzew zerwał się wiatr, świadczący o nieuchronnie
zbliżającej się ulewie. Przyśpieszyliśmy kroku. Nad jeziorem rozległ się
straszny łoskot piorunu. powodując u mnie drżenie serca. Na ogół nie boję się
burzy. Kiedy jestem w domu czuję się bezpiecznie i nawet jest mi przyjemnie
wsłuchiwać się w jej dźwięki. Robię sobie wówczas gorącej herbaty, wyciągam
moje ulubione krakersy lub draże w czekoladowej polewie od Dr Gerarda. Mogę
wtedy tak sobie siedzieć i milczeć i słuchać jak krople deszczu rozbijają się o
parapet. Teraz co innego, w obcym, nieznanym lesie, pod opieką dwie wystraszone
nastolatki i bez możliwości schronienia. A czarne chmury zakrywają coraz więcej
nieba nad nami. Pierwsze ogromne krople deszczu spadają nam na głowy. Z coraz
większym niepokojem spoglądamy w górę. To nasz wyścig z czasem. Zdyszani
wpadamy na leśną polanę. Tutejsza plaża również opustoszała. Kilka pojedynczych
osób kręci się gdzie niegdzie. Mój mąż przerywa nagle nasze milczenie okrzykiem:
„Tam!” Kieruję wzrok za jego spojrzeniem i między drzewami dostrzegam niewielki
budynek. Podbiegamy i rozpoznajemy mały sklepik spożywczy. Gdy wchodzimy do
środka deszcz pada już ulewny. W sklepie jest trochę ludzi, którzy tak jak my
znaleźli tu schronienie przed burzą. Jest ciasno ale to nic najważniejsze, że
nie mokniemy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz