NIEDZIELNE WĘDKOWANIE
Panowie umówili się, że wstaną skoro świt i pójdą nad rzekę około trzech kilometrów, aby spokojnie łowić ryby. Dziwne to hobby, siedzieć tak godzinami z zarzuconą przynętą i czekać na wątpliwy okaz. Najczęściej złowione przez ojca ryby to niewielkie płotki, a tyle z tym zachodu. Wstali o czwartej rano, nie chcieli zabrać z sobą psa, bo robi za dużo hałasu i płoszy ryby. Zawiedziony Frodo dał nam niezły koncert zawodzącego skomlenia, nie szło spać dalej. Panowie obładowani sprzętem, butelkami z wodą, termosem z kawą i kanapkami przygotowanymi przez moją mamę ruszyli pieszo przez las. Filip na wierzch wyładowanej torby wrzucił paczkę z markizami mówiąc, że będzie w sam raz do kawy. Poszli nie oglądając się za siebie. Ciekawe jak im pójdzie to wędkowanie. Poleżałam jeszcze do szóstej, ale pies wiercił się niespokojnie i trzeba było wstać. Po porannej toalecie mojej i psa poszłam do ogrodu sprawdzić czy nie trzeba powyrywać zielska. Wszystko było w idealnym porządku, więc popodlewałam krzaczki truskawek, mamy ukochane róże i inne cuda potrzebujące nawodnienia. Mama przygotowała w tym czasie śniadanie. Dostałam kubek kakao, bułkę z masłem, na talerzyku ułożoną wędlinę, ser, sałatę i pokrojone pomidory. Na miseczce były wyłożone domowej roboty konfitury. Miałam wrażenie, że wróciłam do swojego dzieciństwa. Nikt tak o mnie nie dbał jak rodzice, te drobne przyjemności, życzliwy, kochany uśmiech na twarzy mamy rozczuliły mnie prawie do łez. Jak dobrze jest posiedzieć sobie wraz z mamą przy kuchennym stole i bez pospiechu zjeść śniadanie, plotkując przy tym niemiłosiernie. Takie chwile bywają niepowtarzalne, ale doceniamy je dopiero, kiedy już przeminą i pozostaną wspomnieniem. Po fantastycznym posiłku posprzątałam w kuchni i przygotowałam poranną kawę. Z zapasów mamy wyjęłam pierniczki i postawiłam obok miseczki z konfiturami. Cudnie było popijać aromatyczną kawę, zanurzać pierniczki w konfiturach i oblizywać niegrzecznie palce. Czas mijał leniwie na wypoczynku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz