Siedzimy sobie w kilka osób pod
altanką na wsi. Jest przepiękna pogoda. Lekki letni wiaterek przyjemnie muska
nasze twarze. Na drewnianym stoliku przed nami znajduje się mnóstwo słodyczy,
po które chętnie z moim mężem sięgamy. Są tu nasze ulubione wafle i Pryncykostka
od Dr Gerarda a także wyśmienita mieszanka krakersów, również od naszego
ulubionego producenta wyrobów cukierniczych. Gdy tak chrupaliśmy smaczne
przekąski mój brat przyniósł z piwnicy schłodzone piwo. Poczęstował nas
wszystkich. Żółty chmielowy płyn doskonale ugasił nasze pragnienie ale i wzmocnił
nam apetyt. Wobec tego szybko znikły ze stołu nasze zapasy andrutów i krakersów
i nie było po co sięgać rękoma. Mama w tym momencie zawołała nas na obiad. Nasz
szef kuchni zaserwował dziś zupę z fasolki szparagowej i rybę smażoną w
panierce w zestawie z ziemniakami i surówką. Wzięliśmy swoje porcje i wyszliśmy
z domu do altanki. Obiad najlepiej smakuje na łonie natury zwłaszcza gdy piękna
pogoda dopisuje. Podczas obiadu rozmawialiśmy o pewnych sprawach, które już
jakiś czas czekały na omówienie i na szczegółowe uzgodnienie z moim bratem.
Czas płynął szybko tak jak szybko skończyło się piwo w butelkach. Trzeba już kończyć
tę imprezę i wrócić do swoich obowiązków. Obiecaliśmy moim rodzicom, że
przeniesiemy ogromny stos porąbanego na szczapy drewna do szopki. Zabraliśmy
się do roboty, która po dłuższej przerwie paliła nam się teraz w rękach. Zwłaszcza,
że pomagała nam moja mała, siedmioletnia bratanica. Początkowo chcieliśmy ją
odesłać do domu ale pomoc nam sprawiła jej tyle radości, że nie mieliśmy serca
jej odprawiać. Wesoły szczebiot słychać było już z daleka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz