środa, 8 lipca 2015

Błogie lenistwo



Leniwie upływa kolejny lipcowy, upalny dzień. Rozgrzany piasek parzy w stopy. Na niebie ani jednej chmurki. Idealna pogoda na plażowanie. Już o godzinie siódmej wyszliśmy z domu aby dostać się nad wodę. Dziewczyny nieustannie prosiły nas o ten wyjazd. Nie chciało nam się z mężem ich usłuchać, powodem czego była zła komunikacja kolejowa i zupełny brak komunikacji autobusowej. W końcu daliśmy się uprosić. I oto we czwórkę jesteśmy nad upragnionym jeziorem. Marta z wielkiej plażowej torby wyciąga właśnie drożdżówki z serem i biszkopty Jaśki morelowe od Dr Gerarda. Poprzedniego dnia kupiłam prowiant na nasz rodzinny wypad. Do tego moja mama nieźle nas wyposażyła, żeby niczego nam nie zabrakło podczas całodniowej wyczerpującej wyprawy. Obok nas młode małżeństwo z trójką dzieci gra w piłkę plażową. Z nudów obserwuję ich przez chwilkę. Mimowolnie mój wzrok przenosi się na z apetytem chrupiącą ciasteczka Martę. Patrząc na nią zachciewa mi się też przegryźć coś słodkiego. Z plecaka wydobywam pierniki w czekoladzie. Dołączają do nas właśnie, mokrzy od stóp do głów, mój mąż i druga bratanica Ola. Siadają na swoich ręcznikach i częstują się pierniczkami. Po posiłku leżymy w bezruchu jakiś  czas. W pewnej chwili gdzieś z oddali dobiegł do nas huk piorunu. W pośpiechu zaczynamy się pakować. Dookoła nas rozciąga się przeogromny las bez możliwości schronienia. Jedyne wyjście dla nas w tej sytuacji to przedostanie się do miasta oddalonego o około czterech kilometrów od plaży. Droga do naszego celu prowadzi przez las wzdłuż brzegu jeziora. Nie kryjąc żalu ruszamy szybkim marszem, pozostawiając plażę wraz z innymi plażowiczami za sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz