Leniwie upływa kolejny lipcowy,
upalny dzień. Rozgrzany piasek parzy w stopy. Na niebie ani jednej chmurki.
Idealna pogoda na plażowanie. Już o godzinie siódmej wyszliśmy z domu aby
dostać się nad wodę. Dziewczyny nieustannie prosiły nas o ten wyjazd. Nie
chciało nam się z mężem ich usłuchać, powodem czego była zła komunikacja kolejowa
i zupełny brak komunikacji autobusowej. W końcu daliśmy się uprosić. I oto we
czwórkę jesteśmy nad upragnionym jeziorem. Marta z wielkiej plażowej torby
wyciąga właśnie drożdżówki z serem i biszkopty Jaśki morelowe od Dr Gerarda.
Poprzedniego dnia kupiłam prowiant na nasz rodzinny wypad. Do tego moja mama
nieźle nas wyposażyła, żeby niczego nam nie zabrakło podczas całodniowej wyczerpującej
wyprawy. Obok nas młode małżeństwo z trójką dzieci gra w piłkę plażową. Z nudów
obserwuję ich przez chwilkę. Mimowolnie mój wzrok przenosi się na z apetytem
chrupiącą ciasteczka Martę. Patrząc na nią zachciewa mi się też przegryźć coś
słodkiego. Z plecaka wydobywam pierniki w czekoladzie. Dołączają do nas właśnie,
mokrzy od stóp do głów, mój mąż i druga bratanica Ola. Siadają na swoich
ręcznikach i częstują się pierniczkami. Po posiłku leżymy w bezruchu jakiś czas. W pewnej chwili gdzieś z oddali dobiegł
do nas huk piorunu. W pośpiechu zaczynamy się pakować. Dookoła nas rozciąga się
przeogromny las bez możliwości schronienia. Jedyne wyjście dla nas w tej
sytuacji to przedostanie się do miasta oddalonego o około czterech kilometrów
od plaży. Droga do naszego celu prowadzi przez las wzdłuż brzegu jeziora. Nie
kryjąc żalu ruszamy szybkim marszem, pozostawiając plażę wraz z innymi
plażowiczami za sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz