Na dobre rozpoczęły się lipcowe upały
a wraz z ich nastaniem razem z moim ukochanym mężem wzięliśmy wiatr w żagle i
wyruszyliśmy tradycyjnie w moje rodzinne strony. Lato na wsi to coś co bardzo
lubię, chociaż wiąże się z tym wiele niedogodności. Dla przykładu: najbliższy
sklep spożywczy znajduje się około siedmiu kilometrów od naszego miejsca
pobytu. Dla osób zmotoryzowanych to żaden problem, lecz dla nas to wielkie
wyzwanie dostać się tam. My nie dysponujemy prawem jazdy ani samochodem.
Autobusy na tej trasie w czasie wakacji nie kursują. Zostaje zatem kurs okazją,
piesza wyprawa lub pedałowanie zdezelowanym rowerem. Dzisiaj się nam trafiła
podwózka. Brat wybrał się do miasta swoim samochodem a my z nim. Nazajutrz zamierzamy
jechać z młodzieżą nad jezioro w związku z tym zrobiliśmy większe zakupy. Duża
część naszego wyjazdowego wyposażenia to słodycze. Nie mogło się obyć bez
wybornych ciastek z nadzieniem czekoladowym od Dr Gerarda i równie pysznych
wafli familijnych od tego samego producenta wyrobów cukierniczych. Kupiliśmy
kilka butelek wody mineralnej i soki. Niby wszystkiego po trochu a uzbierało
się kilka siatek zakupów. Nie wyobrażam co by było gdyby nie samochód brata.
Wygodnie i bez najmniejszego problemu przywieźliśmy wszystkie zakupy do domu.
Moje bratanice pomogły nam się rozpakować. Po całej akcji zakupowej ulokowaliśmy
się wygodnie w altance przed domem. Poczęstowałam wszystkich zebranych
krakersami i orzeźwiającym sokiem z czarnej porzeczki wypakowanych przed
chwileczką. Mama przyniosła gorące naleśniki z serem, do których była pyszna
kwaśna śmietana ubita z cukrem. Popołudnie upływało nam spokojnie i leniwie na
rozmowach z rodziną, dokładnie tak jak lubię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz