Było sobotnie popołudnie.
Siedzieliśmy w ośmioosobowej grupie w przestronnej warsztatowej sali w jednym z
warszawskich hoteli. Razem z mężem uczestniczyliśmy w szkoleniu wizażu.
Pierwszy raz brałam udział w czymś takim. Byłam bardzo podekscytowana
możliwością zdobycia wiedzy w tym zakresie. Mój mąż niestety nie podzielał
mojego entuzjazmu. Zapisując się na to szkolenie liczył, iż będzie więcej
wiadomości na temat pielęgnacji ciała. Szybko zorientował się, że główny temat zajęć
to przede wszystkim sztuka robienia makijażu. Najciekawszą częścią warsztatów
było dla mnie praktyczne zastosowanie zdobytych tu informacji, co dla mojego
męża była najbardziej nużącym punktem zajęć. Do tego stopnia był znudzony, że
niepostrzeżenie wymknął się z sali warsztatowej do naszego pokoju, podczas gdy
reszta uczestniczek łącznie ze mną i prowadzącą była pochłonięta robieniem
sobie makijażu. Dopiero gdy obsługa hotelowa przyjechała z serwisem kawowym a
prowadząca zarządziła krótką przerwę, zorientowałyśmy się o braku męskiej
części uczestników, w tym konkretnym przypadku osoby mojego męża. Szybko
pobiegłam schodami na górę by go tu ściągnąć bo zauważyłam, że do kawy, herbaty
i soku pomarańczowego zaserwowano przepyszne ciastka od Dr Gerarda, których
bezspornym wielbicielem jest mój mąż. Długo nie musiałam go namawiać do zejścia
na dół. Na hasło Markizy Negro z nadzieniem waniliowym oraz biszkopty o
słodkiej nazwie Kremówka dekorowana już był gotowy do wyjścia z pokoju. Na
widok nas wszystkich z eksperymentalnymi makijażami na twarzach mój kochany mąż
rzucił jakiś komentarz o zabawach przedszkolaków i z uśmiechem od ucha do ucha zabrał
się do nalewania sobie kawy. Reszta warsztatów przy pysznych ciasteczkach okazała
się całkiem znośna dla mojego mężą. Dzięki słodyczom wytrwał na zajęciach do
kolacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz